Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Relacja z 38. Maratonu Warszawskiego. To nie będzie pochwała biegania boso po asfalcie.

Od dawna już byłam podekscytowana swoim trzecim startem w Maratonie Warszawskim. Momentami czułam silny stres, innym razem pełne pozytywnych emocji oczekiwanie. W mojej głowie dominowało jednak uczucie szczęścia, największe od momentu debiutu na królewskim dystansie. Przez ostatnie miesiące kawałek po kawałku dodawałam do siebie elementy układanki, które tworzyły spójną całość. Pokonałam wiele kilometrów, nierzadko bardzo upalnych, by z czystym sumieniem podejść do startu na królewskim dystansie. Wizualizowałam sobie metę, do której docierałam w myślach bez większych niespodzianek – bo uważałam, że poza sumiennymi przygotowaniami pozytywne myślenie jest niezbędne. Nijak ten obrany kierunek miał się do stresu, jaki przeżyłam przed kwietniowym maratonem w Paryżu (Paris Marathon, przeżycie tak wielkie jak wielki jest jego rozmach). Tamto napięcie atakowało mnie każdego dnia nie pozwalając się wyspać nawet jeden raz już na dwa tygodnie przed startem. Teraz miało być dobrze. Miało być co najmniej tak samo dobrze jak w Warszawie rok wcześniej (37. PZU Maraton Warszawski, pękamy z dumy na Stadionie Narodowym!). Było… inaczej.

img_0014

Wielu rzeczy mogłam się spodziewać na trasie swojego piątego maratonu, ale nie tego, że… będę finiszować boso. Napotkanie tego rodzaju problemu wykraczało poza granice mojej wyobraźni. Osiem ostatnich kilometrów to osiem najtrudniejszych kilometrów dla maratończyka. Bo maraton zaczyna się po 30. kilometrze, albo po 35. jak sądzą niektórzy. Jak by nie patrzeć, rzecz rozegrała się na ostatniej prostej. Problem jednak zaczął się o wiele wcześniej. O wiele za wcześnie. Ten maraton zaczął się u mnie jeszcze przed półmetkiem. Pierwsze nieprzyjemnie odczucia, a co za tym idzie myśli pojawiły się około 17., może 18. kilometra. Niemalże u mnie pod domem, ale nie było aż tak źle, bym wówczas żałowała, że nie mam przy sobie kluczy. Już w momencie wbiegania do Łazienek Królewskich, a zatem wraz z oznaczeniem 21. kilometra zaczęłam swoją batalię o metę. Nowa nadzieja wstąpiła we mnie 13 kilometrów później.

img_1590

34. kilometr Maratonu Warszawskiego, siadam na chodniku, ściągam buty, chip i biegnę do mety boso. Jestem już po przejściu wielu stanów emocjonalnych spowodowanych coraz bardziej uwierającymi butami (uwieranie przeszło w ból coraz bardziej nie do wytrzymania), które zdążyłam przez niespełna miesiąc przetestować na różnych dystansach (półmaraton, rekordowy start na 10 km, jakieś 8 treningów solo). Była próba zejścia z trasy (jedna), był płacz (ukryty pod okularami) i uśmiech dzięki wszystkim, którzy widząc jak biegnę boso bili mi brawo i gratulowali (zarówno biegacze jak i kibice). Duma przeplatana rozżaleniem pojawiła się za linią mety. Nie muszę Wam tłumaczyć jak to jest wyobrazić sobie bieg bez butów po asfalcie na najtrudniejszym bo ostatnim odcinku maratonu, prawda? Miałam dwa wyjścia – poddać się i nie poddawać się.

img_1746

Po zdjęciu butów (chip przełożyłam do saszetki, którą miałam na biodrach), biegło mi się dużo lepiej. Ból od pęcherzy na obu stopach ustąpił. Teraz musiałam uważać na to, by nie przeciążyć stawów, nienawykłych do tego rodzaju wysiłku. Uwielbiam biegać boso po plaży, ale… Wiadomo, plaża to nie asfalt a trening kilku(nasto) kilometrowy to nie maraton. Trucht przeplatałam marszem, czasem się zawieszałam idąc i to mnie nawet momentami rozbawiało. Ja się zamyślałam, nogi w marszu mniej się obciążały. Przede wszystkim jednak było mi szalenie smutno. Nie mogłam pogodzić się długo z tym, co mi się przytrafiło.

W przetrwaniu na trasie pomogli mi wspaniali biegacze i kibice. Często pytali mnie, gdzie mam buty. Uśmiechali się, że pewnie z Etiopii przyjechałam albo nazywali mnie Kopciuszkiem. Bardzo Wam za to wszystkim dziękuję! Nawet zwykły kciuk w górę i uśmiech nieco zdziwionych obserwatorów dodawał mi wiele otuchy. Na całej trasie wspierał mnie mój partner, po raz kolejny dodając mi wiatru w plecy. I zabrał ode mnie te niedobre buty! Tych, którzy przyszli mi specjalnie kibicować chciałam na początku przepraszać za to, że tak we mnie wierzyli a musieli patrzeć na moje niepowodzenie. Różne głupie myśli błądziły mi w głowie a za te o przepraszaniu trochę się wstydzę nawet sama przed sobą.

img_1852-2

Powoli dociera do mnie, że to, co się wydarzyło nie jest ani powodem do wstydu ani wyrazem tego, że los się na mnie uwziął. Wasza reakcja bardzo mi w tym pomogła. Ilość otrzymanego od Was wsparcia podniosła mnie na duchu i sprawiła, że skończyłam z płaczem. Jeszcze trochę to sobie poukładam a być może i żal minie, choć uwierzcie mi, nie jest łatwo.

img_1851

Maraton to preludium do walki z przeciwnikiem nierzadko dużo poważniejszym niż nasza własna głowa. Ale że to w głowie wszystko się zaczyna, maraton uważam za bardzo solidną podstawę do kształtowania własnego charakteru. Stal nie wykuwa się sama.

Aga

Posts published: 238

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.