Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Co się zmieniło w moim podejściu do biegania zimą?

Można powiedzieć, że ze śniegiem jestem zaznajomiona od początku mojej biegowej przygody. Pierwszy marszobieg odbył się w kwietniu, ale mimo kalendarzowej wiosny, w towarzystwie śniegu. Od razu wiedziałam, że ubrałam się o wiele za ciepło. Ale z lekcji tej nie wyciągnęłam trwałych wniosków, jako że przez kolejny miesiąc zrzuciłam nie tylko kurtkę ale czasem i długi rękaw. Wiadomo, przewrotność pór roku w Polsce. Kolejną zimę, czyli w zasadzie pierwszą biegową, potraktowałam trochę po macoszemu. Nie miałam wówczas żadnego określonego celu, bo nie myślałam jeszcze o starcie w zawodach. Sądzę, że w tym tkwi cały „diabeł”, który każe wybiegać nam w mróz, śnieg, na oblodzone drogi – posiadanie celu. Czy to start w zawodach, czy założenie, że np. w 2017 roku przebiegnę 2017 kilometrów albo zrzucenie wagi. Każdy z tych celów wymaga nieco odmiennego podejścia do tematu. Ja w swoją pierwszą biegową zimę upajałam się… chyba najbardziej własną dumą z tego, że tak straszny zmarźlak jak ja wyściubia nos na zewnątrz, kiedy wcale nie musi. Kręciło mnie to, że daję radę i cały czas utrzymuję się na określonym poziomie nabijania kilometrów bez zadyszki. Stopniowo wpadałam w ten ciąg, z którego nie mam zamiaru wychodzić do dziś. Z tym że wtedy jeszcze nie zdawałam sobie z tego sprawy, bo kiedy w okolicy marca kolega zaproponował, że zapisze mnie na zawody biegowe, myślałam że spadnę z krzesła. Ja, która teraz jeździ po zawodach częściej niż kiedykolwiek byłam w klubach na imprezach 😉

Kolejna biegowa zima, czyli ta po której miałam już za sobą pierwszy maraton była już znacząco inna od poprzedniej. Z uwagi na cel, tak sądzę jak teraz o tym rozmyślam. Wiedziałam już, że ciężko będzie mi zrezygnować z dystansu maratońskiego i postanowiłam na wiosnę wystartować ponownie. Choć na określone miejsce (w tym wypadku Kraków) zdecydowałam się późno, to cały czas miałam na uwadze fakt, że muszę wypracować formę do tego startu. Dzięki temu biegałam już nie po kilka kilometrów w niskich temperaturach a po 15-20-25. Owszem, przeżywałam małe katusze z powodu zimna na starcie, jednak dyskomfort znikał już po rozgrzewce. Moje podejście do biegania zimą zmieniło się o tyle, że decydując się na maraton musiałam o siebie zawalczyć, bez wymówek. Wybór został dokonany – chcę biegać długie dystanse. Nie pozostało nic innego, jak się nie poddawać. Nie pamiętam już drobnych problemów, takich jak za ciepłe ubranie się na konkretny trening. Pamiętam sens mojego biegania zimą – droga do celu. Myślę, że jak na pierwszą świadomą zimę w biegu miałam dużo szczęścia, bo temperatury nie spadały znacząco poniżej zera. Dumna z siebie byłam nie mniej niż rok wcześniej. Robiłam rzeczy, o które dawniej bym siebie nie podejrzewała. Odkrywałam, że moja strefa komfortu znajduje się dużo dalej niż pierwotnie przypuszczałam. To uwalniany wciąż potencjał, o którym pisałam tutaj tak na mnie działał. Cieszyłam się, że biegam zimą i pamiętam z tego okresu głównie pozytywy.

Trzecia zima to ta sprzed roku. Okazało się, że nie przeszkadza mi bieganie przy -10 stopniach (może i bywało chłodniej ale na pewno nie była to wyjątkowo mroźna zima, sami pewnie doskonale pamiętacie) i to jest kluczowy wniosek, jaki wyniosłam z tego czasu. Nauczona poprzednimi wybieganiami przy niskich temperaturach, kiedy po raz pierwszy spotkałam się z większym mrozem w biegu, po prostu ubrałam się cieplej niż zwykle i robiłam swoje. Dalej ubierałam się trochę za ciepło (na prawie każdym biegu a było tego sporo bo brałam udział m.in. w cyklu biegów górskich na Mazowszu) zrzucałam z siebie jakąś warstwę. Taka już moja przypadłość. Jak wychodzę biegać przed dom, staram się nie przesadzać z ilością ubrań, ale jak wiem, że mam komu oddać kurtkę czy kamizelkę to oddaję. Hmm, właściwie to proste – przecież wychodząc przed dom od razu zaczynam biec, a na zawodach trzeba poczekać na sygnał startu. Może jednak nie jestem aż taka dziwna pod tym względem 😉 Tej zimy również miałam cel – maraton w Paryżu, więc znowu nie pozostało nic innego jak do niego konsekwentnie dążyć! A wcale nie było tak źle, bo mróz tak samo szybko zniknął jak się pojawił. Nie zdążyłam się z nim oswoić…

…aż do teraz. Wydaje mi się, że to najdłuższe mrozy w mojej dotychczasowej biegowej „karierze”. Nie wiadomo, ile jeszcze potrwają, ale na ten moment są dla mnie znośne. Nie wybiegam w euforii na -10 czy -15 stopni, ale nie poddaję się. Walczę o formę na kwiecień. Bo, jakżeby inaczej, zapisałam się na maraton. Czy nie mając tak ściśle określonego celu byłoby we mnie tyle samo determinacji? Najrozsądniej pewnie byłoby rzucić „A skąd mam wiedzieć?” Jak już zdążyłam się zorientować w swojej sportowej zaciętości, jeśli nie byłoby tego celu to byłby inny. Zapewne jakiś start w górach albo wymarzony półmaraton. Jedno jest pewne. Bieganie zimą, tą umiarkowanie mroźną, ma w sobie coś magnetyzującego. Z przyjemnością (no, może dopóki nie przestaję z zimna ruszać palcami u rąk) słucham skrzypiącego pod nogami śniegu. Upajam się bielą. W takich momentach kiedy nie ma żadnej pluchy tylko przymrozek i śnieg, nie tęsknię za bieganiem w gorące lato, które przecież tak lubię. Na razie nie tęsknię, dopóki nie spróbowałam wybiec na -20 stopni 😉 Najbardziej marznę (i nie lubię), kiedy jest kilka stopni na plusie i zacina zimny deszcz. Wtedy zimno ma najbardziej ponure oblicze.

Podsumowując – w bieganiu zimą na przełomie tych kilku sezonów zmieniła się przede wszystkim moja świadomość. Świadomość tego, że nie jest to coś ponad moje siły. Nie wiedziałam, że to lubię dopóki nie spróbowałam. A że mam obrany kierunek na wiosnę, nie skończyło się na próbie tylko na kontynuowaniu konkretnych przygotowań. Raz lepiej, raz gorzej, ale zmierzam w stronę celu. Bieganie zimą rządzi się swoimi prawami, jak choćby to że trzeba uważać na wdychanie mroźnego powietrza. Nie podpisuję się pod powiedzeniem „nie ma złej pogody…”. Przyjdzie pewnie nie jeden za zimny, za mokry czy za wietrzny dzień, w którym zostanę w domu. Niemniej, tak jak w zbyt upalnym lecie, w zimie da się znaleźć balans i nie wypaść z rytmu w drodze do tego wymarzonego startu czy innego celu. Grunt to dać sobie szansę na wyjście z domu i spróbowanie. Zza okna trudno realnie ocenić swój potencjał na udany trening. Z portali społecznościowych też się nie dowiemy, czy będzie nam się tak dobrze biegało jak innym 😉 Najlepiej samemu wyściubić nos i przekonać się, czy następnym razem w ogóle warto zastanawiać się nad wyjściem z domu. Mnie się spodobało, z tym że jeszcze nie wiem gdzie jest moja granica mroźnego biegania.

Aga

 

Posts published: 246

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.