Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

„Agnieszka, you can do it!” Relacja z maratonu w Rotterdamie.

Moi drodzy, pisanie dla Was relacji jest dla mnie jak deser po królewskim dystansie. Jesteście ze mną przez cały okres przygotowań do tego święta, jakim zawsze jest dla mnie maraton. Teraz zapraszam na podsumowanie. Choćby nie wiem jak mi nie poszło, relacja z takiego wydarzenia to dla mnie punkt honoru i przyjemny obowiązek. Cieszę się,  że miałam siłę zacząć pisać ją od razu po biegu. Zwykle potrzebowałam przynajmniej trochę czasu na drzemkę ale wczoraj było inaczej. Wyspałam się nawet w noc poprzedzającą start, co jeszcze przy okazji maratonu mi się nie zdarzyło.

W drodze na start. Z hotelu mieliśmy około 1 500 metrów.

Jeszcze w środę byłam spięta na myśl o tym starcie, ale porównując poziom mojej reakcji na stres z dnia wczorajszego do zeszłego roku, myślę że zrobiłam duży krok naprzód. To jeszcze nie do końca ten poziom, kiedy panuję nad emocjami tak jakbym chciała, ale postępy, które zrobiłam motywują mnie do tego, żeby starać się jeszcze bardziej. Swoją drogą, proces przygotowania i sam start to świetna życiowa lekcja.

No dobrze, stres stresem a co z kondycją? To, że do życiowej formy jest mi daleko, wiedziałam już jakiś czas temu. I wcale się z tym nie kryłam. Podczas biegu myślałam o tym, że aby zyskać lekkość, musiałabym stać się ptakiem. A że o lataniu nie było mowy, z pełną świadomością wzięłam na swoje płuca ciężar wolniejszego niż bym chciała posuwania się naprzód. Co ciekawe, dużo kilometrów minęło zanim zaczęłam odczuwać zmęczenie nóg. Aż 35! Dobra robota! To dla mnie kolejny motywujący element. Wiem, że przygotowania szły w dobrym kierunku tylko tego utrzymania tempa zabrakło. Sił w płucach nabierałam poprzez marsz już od odcinka między 10. a 15. kilometrem. Ten maraton to po trosze odzwierciedlenie długich wybiegań. Wiele razy się zatrzymywałam, ściągałam rękawiczki, wydmuchiwałam nos i taki proces powtarzał się nawet co kilkaset metrów. Zima! A kiedy zima się skończyła i rękawiczki poszły w kąt, treningi odbiegały jakością od założeń z powodu leków. Samo życie, raz na wozie a raz pod.

Okolice 25. kilometra.

Jak to dobrze, że na trasie nie zabrakło kibiców! Moim marzeniem jest obstawienie całej trasy od A do Z punktami muzycznymi, ale nie wydaje mi się,  żeby to marzenie kiedyś się spełniło. Uwielbiam ten stan, kiedy basy niosą (trochę jakby same czasem 😉 ), ludzie biją brawo, kiedy żaden biegacz, któremu wiedzie się gorzej od płynącego tłumu nie czuje się osamotniony. Między innymi za to kocham maratony. Podczas tego startu kiedy zaczynałam przechodzić do marszu wiele razy słyszałam: „Agnieszka, you can do it!” Wtedy zaczynałam znowu biec a z gardeł wielu kibiców wydobywał się głośny okrzyk radości. Tego nie da się dobrze opisać, to trzeba przeżyć. I właśnie za te przeżycia czuję wdzięczność. Kiedy coś mi nie szło, myślałam o tym, że to nie jest egzamin, który będę musiała poprawić. To mój czas a ja chcę go dobrze wykorzystać bez względu na tempo! Poniższe zdjęcie to 40. kilometr. Jak myślicie, gdzie miałam  wtedy czas końcowy? Co najmniej w nosie! Na 40. kilometrze maratonu kochałam życie. Każdemu strudzonemu maratończykowi życzę takich emocji na ostatniej prostej.

Mam wrażenie, że wyglądałam tu tak samo świeżo jak na starcie!

Już na pierwszym kilometrze byłam trochę rozczarowana tym biegiem, bo mieliśmy do pokonania około 400-metrowy podbieg. Dalej też się okazało, że ten rzekomo płaski Rotterdam wcale nie jest taki płaski, choć do wielu podbiegów w Paryżu jednak trochę mu brakuje. Wiadomo, że jak podbiegi to i zbiegi, ale mimo wszystko nie uważam,  żeby ta trasa była dużo prostsza niż na przykład w Warszawie, która płaska jak stół też nie jest. Nie mówię tego by narzekać, bo i tak miałam zadyszkę. Ale muszę to nadmienić, po prostu informacyjnie. Poza pewnym zaskoczeniem co do profilu trasy, o którym wszędzie czytałam superlatywy (rzekłabym że trasa jest super poza kilkoma wybrzuszonymi niespodziankami), znalazłam jeszcze jeden minus. Brak bananów! Dopiero w okolicy 35. kilometra zauważyłam JAKIEGOŚ BANANA 🙂 Izotoniki były, ale z nimi też mam przykre doświadczenia, trochę się ich boję. Był też żel, ale jakoś bliżej końca, już po 30. km jeśli dobrze pamiętam. Na miejscu organizatora wolałabym zapewnić banany, które jakby nie patrzeć są traktowane jako uniwersalny pokarm dla biegaczy niż żel jednej firmy, który wypadałoby przetestować przed biegiem, żeby uniknąć niespodzianek. Gdyby nie mój partner z coca colą na 25. kilometrze (i później) chyba bym umarła z głodu. Nie znam żadnego żelu, którego smak i konsystencja byłyby dla mnie przyswajalne (dopiero od kilku dni mam jeden na oku do wypróbowania z polecenia koleżanki) ale z bananami w biegu sobie radzę. Mogłyby mi nawet wystarczyć na cały maraton. Gdyby były. Na mnie czekały razem z colą, ale sięgałam tylko po jeden rodzaj wzmocnienia. Chciałabym jeszcze zauważyć, że nie jest miło zostać osmarkanym od dłoni po kolana przez kolegę biegacza, ciągnącego w tym samym tłumie co ja. W życiu nie zrozumiem, jak można tak bez skrępowania puszczać w świat swoją wydzielinę. Celowo założyłam spodenki z kieszeniami, w których miałam zapas chusteczek. Kiedy nie mam kieszeni, mam saszetkę, albo przynajmniej ze dwie chusteczki w biustonoszu.

Biegnąc porównywałam siłą rzeczy ten maraton do paryskiego, odbywającego się w tym samym dniu. W Paryżu było więcej bananów i pomarańczy (te drugie są moim odkryciem od czasu startu właśnie w Paryżu, strzał w 10!), trasa była ciekawsza ale za to trudniejsza, kibice… ten sam poziom – 10/10! Prawda jest taka, że to są dwa biegi o różnym klimacie, i zarówno jeden jak i drugi ma w sobie coś co sprawia, że chce się wrócić kiedyś w to samo miejsce. Rotterdam to piękne miasto, będę mieć z nim dobre skojarzenia.

Mam w kieszeni kolejne doświadczenie. Wiem, co nie zagrało, tu zaskoczenia nie było. Skłaniam się coraz bardziej ku teorii że zima i zagrożenia z nią związane (infekcje, brak słońca) to nie moja treningowa bajka. Ja chcę na słońce, przez cały rok! Tylko podczas startu w maratonie mogłoby być chłodniej 🙂

Na koniec chciałabym Wam gorąco podziękować za wsparcie! Nasza siła tkwi w nas samych, ale ludzie dookoła są ważni. I potrzebni. A korzystając z okazji, życzę każdemu takiego wsparcia, jakie mam u boku swojego partnera. Siła, jaką czerpię od Niego, to jedna z moich „tajnych broni” 🙂

Pobiegłam dziś dla tych, którzy nie mierzą swojego szczęścia tempem biegu. Dalej uważam, że świetnie jest mieć życiówki i  móc się nimi chwalić, ale to nie one są osią PASJI.

Aga

 

P.S. A po maratonie jeszcze dwa takie kręte piętra! Na względnym luzie 🙂

 

Posts published: 246

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.