Makowska Piętnastka, uff jak gorąco.

Maków Mazowiecki przywitał mnie ciekawą trasą, świetnym towarzystwem i pogodą w sam raz na szybką opaleniznę 🙂 Ta impreza to nowość w moim kalendarzu biegowym, tak samo jak nowością jest uliczny bieg na dystansie 15 kilometrów w okresie letnim. O ile po samym wydarzeniu wiedziałam czego mogę się spodziewać, reakcja organizmu na piętnastkę w biegu zorganizowanym w tym momencie była dla mnie zagadką.

Chciałam ruszyć stosunkowo wolno i wybadać, na co mnie stać. W rozkładaniu sił nie pomagały liczne podbiegi a po nawrotce dodatkowo wiatr. Profil trasy wydał mi się świetny jako trening pod mój ważny lipcowy cel. W dłuższej perspektywie te wzniesienia są mi na rękę, bo mam pewne porachunki z półmaratonem w Pobiedziskach a tam górka za górką górkę pogania (też na asfalcie).

Makowska Piętnastka to dla mnie bieg głównie w samotności (można podpiąć pod samotność długodystansowca 🙂 ) Podobało mi się to, że dzięki trasie a’la agrafka mogliśmy z innymi zawodnikami pomachać do siebie czy rzucić dobre słowo. Tłumów nie mijaliśmy, bo bieg był kameralny, ale to chyba dzięki temu udało się znaleźć lepszy kontakt między sobą. Przy swoim tempie miałam około jeden tak wesoły kilometr. Reszta dystansu mijała różnie – pierwsza część wręcz idealnie, po nawrotce już gorzej. Najgorszy kryzys miałam między 8. a 10. kilometrem. Później otrząsnęłam się i wstąpił we mnie na nowo duch walki. Ostatecznie jestem zadowolona z efektu końcowego, choć szczerze przyznam – nie sprawdziłam dokładnego wyniku. Coś poniżej 1:25. Najbardziej cieszy mnie to, że po dość intensywnym weekendzie moje nogi czują się świetnie. Płuca do drobnej poprawy, ale zrobi się. W końcu od czego jest projekt Stop Czerwonym Światłom 🙂

Co 3 kilometry na trasie mieliśmy przyjemność sięgnąć po kubki z chłodną wodą. Ja przy całej swojej sympatii do biegania w wysokich temperaturach często przesadzam z piciem i na dłuższych dystansach mój żołądek boleśnie potrafi to odczuć. W Makowie zrobiłam sobie mały test. Mając ochotę na kolejny kubek siłą woli jego zawartość, albo przynajmniej dużą część wylewałam na siebie, zamiast ją wypijać. Udało mi się przetrwać w dobrej kondycji do linii mety, i choć zdaję sobie sprawę, że 15 kilometrów nie jest miarodajne bo czekają mnie dużo dłuższe być może upalne wybiegania, to uważam że każdy taki mały krok dobrze robi głowie i pozwala myśleć, że będzie lepiej.

Ilość mojego pecha w niedzielę o poranku przekroczyła wszelkie dopuszczalne normy umowne. Do biura zawodów wpadłam jako jedna z ostatnich osób, w stanie dość opłakanym ze zdenerwowania (przykład pierwszy z brzegu – brak portfela a w aucie na kilka najbliższych godzin trochę czereśni). Tam, chwilę po odebraniu pakietu, doświadczyłam czegoś niespotykanego. Wiecie doskonale, że nie należę do żadnego klubu. Mój Przetarty Szlak to dwuosobowa drużyna, biegowo-blogowo-fotograficzna, i ta sama drużyna powołała do życia fundację. Ta przynależność mnie satysfakcjonuje w pełni. Kiedy otrzymałam od Andrzeja, prezesa klubu, koszulkę z ich logo i moim imieniem byłam przeszczęśliwa i zaskoczona. To dla mnie dowód na to, że my, biegacze, jesteśmy ponad podziałami. A skąd zaskoczenie? Bo ten brak podziałów nie jest wcale taki oczywisty. Zdarzyło mi się przebywać w tłumie, w którym w efekcie końcowym i tak liczyło się najbardziej eksponowanie klubu przed szerszą publicznością. Fajnie, kiedy koszulka łączy drużynę ale fajnie jest też wtedy, kiedy koszulka nie dzieli Cię od drużyny, gdy jesteś w mniejszości, z innym logo. Dziękuję za ten gest integracji.

Aga

Posts published: 243
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.