Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

44. BMW Berlin Marathon – relacja.

Zanim stanęłam na linii startu.

To był mój wyczekany, siódmy maraton. Odkąd dowiedziałam się,  że zostałam wylosowana, czułam,  że to będzie coś. Szybko zapomniałam o niedostatecznie dobrym przygotowaniu na wiosenny sezon, odpoczęłam i wzięłam się z pasją za treningi pod wrześniowy królewski dystans. Wszystko szło bardzo zadowalająco, aż wtem nastał wrzesień. Szybko okazał się najtrudniejszym miesiącem w tym roku. Najpierw był półmaraton w Pile zawalony, jak wówczas przypuszczałam, przez psychikę. Potem nadeszła długa analiza i nagle olśnienie: badania krwi, przecież minął rok a ja się nie kontrolowałam! Diagnoza dała mi do myślenia. Nie chciałabym wchodzić w szczegóły, niemniej uważam, że muszę o tym wspomnieć w kontekście tak dużego wysiłku, jakim jest maraton. Obiecałam sobie, że nigdy więcej nie dopuszczę do takiego zaniedbania. Na pewno stres odegrał w Pile swoją rolę, ale nie pierwszoplanową. W zasadzie jest to dla mnie dobra wiadomość, bo bałam się, że nie radzę sobie psychicznie. Do maratonu nie miałam szans wyjść zupełnie na prostą, ale pewne kroki poczyniłam natychmiast. Zaczęłam już cieszyć się, że choć dość późno, to jednak udało mi się zareagować, ale radość ta nie trwała długo. Przyplątało się do mnie przeziębienie. Niby niepozorne, pierwsze objawy od razu uspokoiłam, ale jeszcze tego samego dnia wieczorem znowu poczułam się gorzej. Zostałam zmuszona do rezygnacji ze startu w Białymstoku na dystansie 10 kilometrów. Od czwartku 14 września do dnia maratonu biegałam tylko bardzo spokojnym tempem podczas akcji Stop Czerwonym Światłom. Próbowałam zrobić jeszcze rozruch w piątek, by poczuć się pewniej na dwie doby przed startem w Berlinie, ale po pokonaniu 1,5 kilometra zawróciłam do domu. Nie dałam rady, jak więc miałabym sobie poradzić na królewskim dystansie lada moment? Bardzo długo zastanawiałam się czy w ogóle podchodzić do maratonu.

Dlaczego zdecydowałam się na start, skoro przez ostatni tydzień walczyłam z przeziębieniem?

Przede wszystkim, mimo kilku dni spędzonych w łóżku, nie miałam gorączki, której pojawienie się mogłoby mnie dużo bardziej osłabić. Ponadto, w dniu maratonu nie byłam w kryzysowym etapie choroby. Najgorzej było tydzień wcześniej, w niedzielę, we wspomnianym Białymstoku. Wówczas startując zachowałabym się zbyt lekkomyślnie.

W miniony piątek podjęłam ostateczną decyzję, że jadę do Berlina i wystartuję, z opcją przerwania jak tylko coś będzie nie tak. Mimo tej „ostatecznej decyzji” do soboty wieczorem toczyła się dyskusja, czy aby na pewno. Myślę, że w takich sytuacjach każdy musi się indywidualnie pochylić nad swoją dyspozycją i podjąć decyzję, która nigdy nie będzie w 100% idealna. Nie żałuję, że wyszło tak a nie inaczej, drugi raz w tym konkretnym przypadku zrobiłabym tak samo. A w innej sytuacji chorobowej? Nie wiem, bo każdy przypadek jest inny, i poddaję to pod rozwagę. Aczkolwiek nie życzę Wam takich dylematów przed startami!

Na trasie maratonu.

No dobrze, to teraz czas przenieść się do samego biegu! Emocje od rana przeważały pozytywne, i choć nie czułam wielkiej euforii, chciałam już, ale to już, natychmiast znaleźć się na trasie. Przedostałam się do swojej strefy startowej na około 40-50 minut wcześniej. Tam zostawiłam na barierkach spodnie i folię, w których było mi wręcz gorąco. Kiedy o 9.45 wybrzmiała moja godzina startu, w krótkich spodenkach i lekkiej wiatrówce przywitałam się z deszczem. Cieszyła mnie ta pogoda. To był mój pierwszy mokry maraton. Po niezbyt długim czasie przestało padać, kurtkę zawiązałam na biodrach. Zaczęłam bardzo spokojnie, wiedząc, że wstępnie zakładane przed chorobą początkowe tempo odeszło w niepamięć. Pierwsze kilometry mijały mi bardzo dobrze, ale czułam, że moment przechodzenia do marszu nadchodzi nieuchronnie. To wydawało mi się najbardziej rozsądnym wyjściem w obecnej sytuacji. Przy pierwszym poczuciu zmęczenia na około 15. kilometrze zaczęłam iść. Szłam na tym maratonie często, ale już po kilku, czasem kilkunastu sekundach wracałam do truchtu.  Najtrudniej było między 15. a 21. kilometrem, ale suma summarum pozostawałam cały czas na podobnym poziomie zmęczenia aż do mety. Kilka prób przyspieszenia kończyło się nudnościami, ale szybko je opanowywałam krótkim marszem. Przyjęłam za fakt, że nie zrobię żadnego „super czasu” i spokojnie przemierzałam kolejne odcinki. Bez paniki, bez płaczu, bez chęci schodzenia z trasy. Myślałam o osobach, które mi kibicują, szczególnie o przyjacielu, który od dwóch miesięcy walczy o życie w szpitalu. Moja walka na maratonie wydawała się przy tym naprawdę błaha.

Mój partner asekurował mnie na trasie, kontrolując czy nie słabnę. Odliczałam sobie w myślach kilometry, na których Go zobaczę i to mi pomagało. Na półmetku zamiast słabnąć to troszkę sił mi przybyło aż na kilka kilometrów, a potem, po 30. wydawało mi się, że już będzie z górki. Trochę bolało, ale byłam przygotowana na większe niedogodności. Nie wznosiłam oczu do nieba z prośbą, by ten bieg już się skończył. Czułam wdzięczność, że daję radę. Uśmiech na mecie był duży i szczery.

Kilka słów na temat organizacji.

Ogromnie spodobał mi się ten maraton. Ochoty na to, by wrócić do Berlina na królewski dystans nabrałam jeszcze na trasie. Bo trasa jest świetna, naprawdę można na niej poszaleć. Jedyny minus to spora ilość zakrętów, ale który maraton ich nie ma? Wielki plus dla organizatorów za częste i sprawne punkty żywieniowe. Nawet herbatki spróbowałam, ale niestety była słodka (choć wiem, że akurat na maraton ta słodycz była potrzebna). Kibice brali czynny udział we wspieraniu nas na trasie. Wiele razy usłyszałam swoje imię przeczytane z numeru startowego, to bardzo miłe! Czułam się zaopiekowana jako zawodnik w takim ogólnym sensie. Expo było w porządku, choć mnie takie rzeczy raczej nie zajmują. Grunt, że pakiet odebrałam sprawnie. A co do pakietu, szkoda że w cenę nie jest wliczona koszulka. Nie wydałam dodatkowych 30 euro na nią, może następnym razem.

Meta, i co dalej?

Jedno mi teraz tylko przychodzi do głowy. Zadbać o zdrowie! Cieszę się, że ciało mam sprawne pod kątem bezkontuzyjności, ale do pełni satysfakcji muszę co nieco poprawić w innych sferach. O startach teraz nie myślę, chociaż pewnie długo nie wytrzymam!

 

Kochani, bardzo dziękuję za wszystkie gratulacje, trzymanie kciuków, wsparcie. Cieszę się, że mam wokół siebie tyle życzliwych osób 🙂

Aga

 

Posts published: 235

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Wyszukiwarka

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.