Co mnie motywuje?

Nie da się ukryć, że czasem każdemu trochę się nie chce. Myślę, że kiedy mamy obrany cel jest łatwiej z regularnymi treningami, a szczególnie kiedy cel jest dla nas ekscytujący. Dla mnie najbardziej napędzającym celem jest przede wszystkim maraton, o czym ponownie przekonałam się kilka dni temu. Zaczęłam wyszukiwać ciekawe półmaratony i wpisałam ich kilka na listę. Coś mnie jednak podkusiło, żeby skierować zainteresowanie w stronę maratonów i kiedy wyobraziłam sobie, że za dwa czy trzy miesiące ponownie stanę na linii startu królewskiego dystansu, poczułam nieporównanie większe emocje, a na trening poleciałam jak na skrzydłach. Poczułam „to coś”, wiecie, motyle i te sprawy 🙂 Jeszcze 31 grudnia, w podsumowaniu roku, napisałam, że wiosną prawdopodobnie nie pobiegnę żadnego maratonu a dziś, 10 stycznia, już mam tabelkę z zapisanymi wszystkimi wykonanymi treningami, które zamierzam w każdą niedzielę analizować pod kątem siły na potencjalny maraton. O tym, jaki bieg/biegi biorę pod uwagę powiem Wam, jak opłacę start, żeby nie zapeszyć budowaniu siły! 🙂 Wracając do sedna dzisiejszego wpisu: przy całej tej pasji do maratonów nie mam tak, że na 100 % treningów wybiegam radosna jak skowronek. Zatem jak się motywuję w te trudniejsze dni?

Wybieram ścieżkę na zasadzie: w tę i z powrotem, co pozwala na oszukanie mózgu przy chęci wydłużenia dystansu.  Biegnąc w tamtą stronę już myślę o tym, że mam dwa razy większą liczbę kilometrów w nogach – przecież muszę wrócić do domu o własnych siłach. Są to oczywiście racjonalne odległości, na przykład w cięższy dzień nie robię więcej niż 6 km w jedną stronę. W praktyce często okazuje się, że po nawrotce biegnę szybciej i wychodzi mi fajny trening tempem narastającym.

Wpisuję trening do zegarka. Nawet jeśli nie wykonam zaplanowanych interwałów w zadowalającym tempie, zamiast klepania kilometrów poprawiam jakość biegu. Nagle się okazuje, że mam dużo więcej siły aniżeli mi się wydawało. Taki trening prawie zawsze ma u mnie 10 km lub więcej (po dodaniu rozgrzewki i schłodzenia to naturalne) i daje mi bardzo dużo satysfakcji. To jedna z tych nowości, którą stosuję od około pół roku, wpływająca na ogólną poprawę kondycji. Nie używam tej opcji w czasie, gdy biegam wyłącznie rekreacyjnie a tylko wtedy, gdy mam konkretny cel. Zatem w styczniu wjeżdża na nowo wprowadzanie treningów do zegarka. Nie wszystkich oczywiście.

Myślę o tym, że za godzinę będzie już po wszystkim. A jak się ładnie zmobilizuję, to zrobię kilka fajnych jakościowo kilometrów i za godzinę będę już nawet po prysznicu. Wówczas nie mowy o „stracie czasu” na wprowadzanie treningu w zegarek. Bach i po sprawie!

Myślę o spalonych kaloriach. To bardzo prozaiczne, ale czy nie z tego właśnie powodu większość z nas rozpoczęła swoją przygodę z bieganiem?

Mam świadomość, że po treningu będę znośniejsza choćby dla siebie samej. Nie zawsze, gdy emocje po biegu opadną, jestem w stanie udźwignąć skalę tych całych endorfin 😀 Ale przynajmniej na jakiś czas nastrój jest nieporównanie lepszy.

W te trudniejsze dni, gdy bieganie mi nie w głowie a cel niezmiennie czai się za rogiem, gdzieś tam podświadomie wiem, że bez względu na motywacyjne monologi, które sama ze sobą prowadzę, prędzej czy później zostaną po mnie w mieszkaniu tylko grudki piasku, który czai się wiecznie w zakamarkach podeszwy sportowych butów. A ja znowu odetchnę pełną piersią i zastanowię się przez chwilę nad tym, jak mogło mi się nie chcieć.

Ciekawa jestem, czy moje sposoby na motywację pokrywają się z Waszymi? A może dodacie jakieś swoje sprawdzone metody, którymi chcielibyście się podzielić?

Aga

Posts published: 243
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.