Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56

Relacja z 45. BMW Berlin Marathon.

Przygotowanie do maratonu.

Historia tego maratonu sięga dość daleko – tabela treningowa obejmuje aż 19 tygodni. Co prawda początki treningu były zaledwie wprowadzeniem do większych obciążeń, jednak wszystko to, co działo się przez kilka ostatnich miesięcy miało określony cel. W drodze do jego osiągnięcia wzorowałam się w pewnej mierze na planie z aplikacji BMW Berlin Marathon, bo wydawał się on bardzo sensowny. Dużo bardziej niż na przykład ten, który został zaproponowany maratończykom na marcowy maraton w Barcelonie. Należy jednak podkreślić, że wprowadziłam sporo modyfikacji, takich pod siebie i tych wynikających chociażby z przyłączenia się do treningów w adidas Runners Warsaw. Bardzo cieszyło mnie to, że nie musiałam robić żadnych dłuższych przerw wynikających z przeciążenia, jakby nie patrzeć, trudnymi jednostkami. Przerwy  bardzo krótkie, bo dwudniowe, były dwie – jedna w lipcu i jedna w sierpniu. Pomiędzy pozostałymi treningami w tym najbardziej intensywnym okresie (około 12 tygodni) robiłam odstępy nie dłuższe niż jeden dzień, a wszystko to  bez uszczerbku na zdrowiu. Chętnie wdałabym się tutaj większe szczegóły, bo w moim bieganiu zaszły spore zmiany odkąd nie znosiłam samej myśli o interwałach, trzymaniu się rozpiski itd., ale mówiąc głosem podszytym rozgoryczeniem do przebiegu tego startu, po co pisać o motywujących zmianach, skoro nie wyszło tak, jakby wynikało z przygotowań? I to aż o około 15-20 minut. Pytanie tylko, czy przygotowania miały jakiś związek z kolką. W tym przypadku sądzę, że nie i mimo wszystko miałam prawo czuć się dość pewnie na linii startu. Ale o tym w dalszej części wpisu.

Ważny etap – fizjoterapia

Jednym z kluczowych elementów przygotowujących mnie do tego maratonu były bardzo regularne wizyty u fizjoterapeuty. W maju po raz pierwszy wybrałam się do gabinetu Fizjoperfekt, gdzie miałam wizyty u trzech różnych specjalistów, ale prowadził mnie (i dalej prowadzi) Szczepan Figat. Nie będę wdawać się w szczegóły, bo nic poważnego mi nie dolegało. W każdym razie szczególnie moja lewa noga musiała być „zaopiekowana”. Jedną z lepszych rzeczy, jakie wyniosłam z tego gabinetu są lekcje techniki biegu (oj długa to i żmudna droga, ale nie zwątpiłam ani przez chwilę, że warto). To tam również zostałam namówiona do treningów w AR, do których dojrzewałam długo. Dlaczego? Bo ciągle wydawało mi się, że jestem na nie za słaba (co oczywiście okazało się bzdurą). I to w tym gabinecie zostałam zainspirowana do pewnych zmian, które chciałabym wprowadzić w swój kalendarz treningowy. Co do najważniejszej kwestii, czyli zdrowej mety maratonu w Berlinie, fizjoterapia spełniła swoją rolę. Czuję się dobrze. Nie dopatrzyłam się do tej pory żadnych dolegliwości poza zmęczeniem mięśni (zwłaszcza czworogłowych), po którym już w środę w zasadzie nie było śladu.

Fizjoterapia już od dawna odgrywała ważną rolę w moich przygotowaniach do maratonu. Myślę, że każdy z kroków, które podjęłam miał swoje określone znaczenie a przede wszystkim, na każdy z tych kroków musiał przyjść odpowiedni moment. Pewne argumenty rok temu do mnie nie docierały, a teraz trafiły na grunt gotowy do zmian. Pamiętam, jak po jednej z wizyt w Fizjoperfekt wyszłam załamana, twierdząc że do lepszego biegania kompletnie się nie nadaję. To było po zajęciach praktycznych, na które na szczęście Szczepan zabiera swoich pacjentów. Na szczęście w przypadku takich amatorów jak ja, u których kulała i technika i cierpliwe podejście do rozgrzewki. Przetrawiłam jednak to wszystko w domu, a raczej przećwiczyłam na kolejnych treningach i tak duże zwątpienie już się nie pojawiło.

Co do nowej, lepszej rozgrzewki, od pierwszej lekcji do maratonu pominęłam ją zaledwie jeden raz. Po tym, jak trudno było mi ją wprowadzić na początku, jestem dumna ze swojej wytrwałości. I oczywiście teraz, kiedy ten najważniejszy start mam za sobą, nie zamierzam wracać do punktu wyjścia. Ciągle jestem zmotywowana do dalszej nauki biegania. Bardzo się cieszę, że znalazłam się w gronie osób, które pozwalają tę motywację utrzymać na wysokim poziomie.

Ostatnie chwile przed startem.

Każda cegiełka w przygotowaniach do maratonu odgrywa ważną rolę. Plan treningowy (którego swoją drogą jeszcze nie tak dawno nie lubiłam się trzymać, pamiętacie? ), dieta, regeneracja, tapering, i tak dalej. Z realizacji planu byłam zadowolona, ale za to nabawiłam się wręcz traumatycznego lęku przed problemami żołądkowymi po półmaratonie praskim. Teoretycznie nie przejęłam się tymi nudnościami, ale im bliżej startu, tym bardziej docierało do mnie, że taki z pozoru błahy problem może przekreślić miesiące ciężkiej pracy. Tym bardziej oczywiste stało się to, że o dietę w ostatnich dniach dbałam szczególnie. Moim wyznacznikiem (ważnym, ale oczywiście nie jedynym), że udało się zadbać o dietę jest moment wkraczania na linię mety. To wtedy emocje rosną najbardziej, ciało chce przyspieszać i wbrew pozorom jest energia by biec szybciej niż podczas całej trasy a czasem żołądek nie pozwala. Tym razem pozwolił, ale do biegu przejdziemy już za momencik.

W ostatnich chwilach oczekiwania bałam się też perspektywy upału i zbyt krótkiego snu. Nie paraliżował mnie stres, ale chyba podświadomie go czułam, bo każdego dnia w minionym tygodniu budziłam się w nocy i wstawałam przed budzikiem. Tutaj wielkim zaskoczeniem okazała się noc bezpośrednio przed startem. Zasnęłam około 23 (wcześnie jak na mnie) i na dźwięk budzika podniosłam się zszokowana, że nawet na sekundę nie otworzyłam oka przez ponad 7 godzin, nie męczyły mnie żadne sny ani stresy. Potrzebowałam wcześniej ośmiu maratonów, żeby zapanować nad emocjami?

W sobotę temperatura była przyjaźniejsza do biegania aniżeli w niedzielę. Prognoza pogody wyglądała bardziej optymistycznie od tego, co zastało biegaczy na linii startu. Rekordzista świata może mieć inne zdanie na ten temat, bo gdy kończył swój bieg, ja nie byłam nawet na półmetku (start elity 9.15, mój start około 9.45) a temperatura rosła z czasem.

Wreszcie start!

To zdecydowanie najtrudniejsza część tego wpisu. Nie jest łatwo przechodzić choćby w myślach jeszcze raz przez niektóre przeżycia na trasie. Ale po kolei. Zacznijmy od przyjemniejszego etapu, czyli od początku. Na start jechałam ze znajomymi, którzy pierwszy raz mieli wystąpić w roli kibiców (kumpel twierdzi, że wolałby biec, niż wypatrywać mnie wśród ponad 40 tysięcy ludzi 😀 ) A że wesoła z nich para, to jakoś nie było czasu na negatywne myśli. Odprowadzili mnie na start i zajmowali moją głowę aż do 9:00. Zostało mi 40-45 minut na skupienie myśli i rozgrzewkę. W sam raz. Najdokładniej oddając moje odczucia z tamtego czasu, muszę chyba powiedzieć, że czułam spokój ale nie było tego flow, które towarzyszy mi, kiedy mam świetny dzień. W oczekiwaniu na wyruszenie mojej strefy odwiedziłam kilka razy toaletę – akurat w Berlinie jest to tak rozwiązane, że można z niej skorzystać nawet minutę przed startem. W sumie na innych biegach też, ale tu chyba jednak są paradoksalnie najmniejsze kolejki. Może dlatego, że takich panikarzy odwiedzających toi toi w ostatniej chwili nie ma wielu? W każdym razie, nie przejmujcie się tym, że to tak ogromny maraton. Świetna organizacja rozwiązuje wszelkie potencjalne problemy. Poza jednym…

No właśnie, co takiego sprawia że maraton z ponad 40 000 biegaczy nie jest idealny? Otóż, moi drodzy, jest to ów tłum ludzi na trasie. Tłum, z którym chyba tylko elita nie ma problemu. Ciągła potrzeba wyprzedzania sprawia, że dystans się wydłuża, nawet do 43 kilometrów. Rok temu mój GPS wskazał 42,89 km zaś w tym aż 43 km. Tak, ja wiem, że mój Polar kropka w kropkę nigdy nie odzwierciedli pomiaru organizatora, ale uwierzcie mi, że w tak dużym tłumie trzymanie się słynnej „blue line”, która wyznacza optymalną trasę, jest niezwykle trudne. W efekcie strata na mecie przypadku mojej strefy startowej zbliża się niebezpiecznie aż do 4-5 minut. Nie chcę nawet myśleć ile przebiegły osoby, które nie zwracały uwagi na to, czy biegną po wewnętrznej czy zewnętrznej stronie dużego ronda czy innych szerokich zakrętów.

Mimo wszystko uważam, że psikusy, które płata nam czy to własny organizm, pogoda czy po prostu nieszczęśliwy splot zdarzeń są o wiele gorsze w konsekwencjach aniżeli przebiegnięcie 43 km zamiast 42,195 km. Nie pamiętam dokładnie, na którym kilometrze mój organizm postanowił zastrajkować kolką, ale było to już mniej więcej po 2,5 godziny szczęśliwego biegu (nawet nie bardzo jest co analizować, ten czas biegu był w moim wykonaniu naprawdę dobry!) Byłam tym zwrotem akcji tak rozgoryczona, że po prostu stanęłam na poboczu i zaczęłam rzewnie płakać. Nie myślałam o tym, żeby zejść z trasy ale już mi na tym maratonie nie zależało. Z żalu, smutku a wreszcie wściekłości. Kiedy wreszcie ruszyłam dalej, wciąż musiałam przeplatać trucht marszem. Wiedziałam, że do spotkania moich kibiców mam około 10 kilometrów i w pewnym momencie odwróciłam swoją uwagę od czarnych myśli właśnie nimi. Krótko mówiąc, nie chciałam, żeby zobaczyli mnie zapłakaną. Pierwszy raz widzieli mnie w akcji, wierzyli we mnie, a tu taka wtopa? 😉 Powoli, ale udało się wyjść z kryzysu. To był ciężki, długi odcinek. Długo myślałam o tym, co nie zagrało, dlaczego pojawiła się ta kolka. Porównywałam ten bieg do innych, na których mierzyłam się z podobnym problemem. Wniosek wydaje się być oczywisty. Za dużo słońca = za duże pragnienie = za dużo picia. Mam tendencję do wypijania za dużo wody na trasie, ale uczę się nad tym panować (już poprzez staranne nawodnienie przed startami), ale w ciepłe dni, zarówno podczas najdłuższych wybiegań jak i podczas maratonów, przychodzi moment kryzysu. Chciałoby się wypić kilka kubków na raz. Tego oczywiście nie robię, ale po kumulacji, gdy żołądek jest pełny a dojdą jeszcze trzy łyczki wody, a czasem choćby i jeden za dużo, robi się niebezpiecznie.

Nie sądziłam, że wyjdę jeszcze z wielkiego doła na tym maratonie, a jednak… Jakie było moje zaskoczenie, kiedy na około 4 kilometry przed metą zobaczyłam tempo chwilowe poniżej 5 min./km! Ta wstrętna kolka sobie poszła a ja mogę jeszcze powalczyć! Jestem z natury zawzięta (w przypadku maratonu świetnie, że mam tę cechę), więc skorzystałam z tej szansy. Nogi już coraz mocniej bolały, czasem jeszcze regenerowałam się krótko w marszu, ale parłam przed siebie. Choć ten maraton nie wyszedł mi tak jak chciałam, wreszcie wróciła stara dobra Aga – ta, która na 40.-42. kilometrze ciśnie, a nie truchta byle dotruchtać. Tak, ten finisz mnie satysfakcjonuje. Na ostatniej prostej wznosiłam okrzyki radości z podniesionymi do góry rękoma. A dalej, zaraz po odebraniu medalu… znowu się rozpłakałam. Nie z radości, lecz z mieszanki dziwnych emocji. Bo cieszyłam się, że dobiegłam ostatecznie w niezłym stylu, ale po tych przygotowaniach oczekiwałam od siebie więcej. Zależało mi na dobrym wyniku, bo czułam, że jestem w życiowej formie. Tak bardzo chciałam przesunąć się w maratonie do przodu, a wciąż stoję miejscu. Za dużo serca w to wkładam, by stać w miejscu. Mój czas na mecie to 4:08:08. Co ważne, myśląc o nim w kategoriach „mniej/bardziej satysfakcjonujący” porównuję się tylko do siebie!

Co dalej z maratonem?

Jeszcze nie wiem .

Wiem natomiast, że czuję pewną pustkę. W Berlinie przeżyłam piękny czas, zdobyłam nowe doświadczenie, ale nie mogę powiedzieć, że wróciłam pełna pozytywnych emocji i satysfakcji. Chyba jest jeszcze za wcześnie na wyciąganie wniosków. Dlatego zostawiam Was na koniec z myślą, że absolutnie warto zapisać się na losowanie do Berlina. Szanse są spore, a samą imprezą na pewno się nie zawiedziecie. Mnóstwo punktów nawadniania, kibice rozciągnięci na całej trasie – coś pięknego! A o tym, że trasa jest jedną z najszybszych na świecie chyba nie muszę mówić po tym, jak został pobity rekord świata. Osobiście na pewno rozważę zapisy na losowanie do Berlina po raz trzeci. Najpierw muszę jednak odpowiedzieć sobie na najważniejsze pytanie – co dalej z maratonem? Kusi mnie ta nadchodząca wiosna i jednocześnie mam ochotę zrobić przerwę w królewskim dystansie. Niełatwa sprawa z tą decyzją!

Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną tego dnia, zarówno osobiście jak i wirtualnie przekazując pozytywne emocje i myśli. Długodystansowiec z wysiłkiem musi poradzić sobie sam, ale wsparcie od dobrych ludzi sprawia, że ten wysiłek staje się bardziej znośny.

Już absolutnie na sam koniec, cytat z „Mistrza i Małgorzaty” M. Bułhakowa, który uważam za świetną metaforę trudności, czy to maratońskich czy wszelakich innych:

Bądź tak uprzejmy i spróbuj przemyśleć następujący problem – na co by się zdało twoje dobro, gdyby nie istniało zło i jak by wyglądała ziemia, gdyby z niej zniknęły cienie? Przecież cienie rzucają przedmioty i ludzie. Oto cień mojej szpady. Ale są również cienie drzew i cienie istot żywych. A może chcesz złupić całą kulę ziemską, usuwając z jej powierzchni wszystkie drzewa i wszystko, co żyje, ponieważ masz taką fantazję, żeby się napawać niezmąconą światłością?

 

Pozdrawiam ciepło! Aga

Posts published: 245

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php:57) in /public_html/przetartyszlak.pl/wp-content/themes/suzette-elegant/framework/functions/misc.php on line 56
Copyrights © Przetarty Szlak. All Rights Reserved.